
Są takie dni, kiedy cierpliwość kończy się szybciej niż zwykle, a każde dodatkowe bodźce tylko pogarszają sprawę. W takich momentach najczęściej marzymy o świętym spokoju i robieniu tego, na co mamy ochotę. Nawet jeśli to miałoby być nicnierobienie.
Gorszy dzień w małżeństwie to coś bardzo ludzkiego. Może wynikać z przemęczenia, przebodźcowania, stresu albo stanu zdrowia.
Kiedyś wydawało mi się, że takie dni to początek końca i sygnał porażki w relacji. Serio. Dziś wiem, że one po prostu się zdarzają. Są naturalne i nie mają z porażką nic wspólnego. Nie da się przecież nieustannie funkcjonować w trybie bycia miłym i cierpliwym.
To nie oznacza, że trzeba wchodzić w tryb złości. Złoty środek leży pewnie gdzieś pośrodku.
Między byciem miłym a byciem autentycznym
Bycie zawsze miłym (albo przynajmniej poprawnym) i nieujawnianie swoich potrzeb (choćby potrzeby odpoczynku) zazwyczaj kończy się wybuchem w najmniej oczekiwanym momencie. Widziałam kilka takich sytuacji, gdy frustracja – pozornie nieadekwatna do sytuacji – wylewała się nagle i z dużą siłą.
W rzeczywistości była ona efektem wielu wcześniejszych momentów, w których własne granice nie zostały ochronione, a potrzeby i zmęczenie pozostały niewypowiedziane.

Dlatego lepiej być prawdziwym. Co nie znaczy: agresywnym, chłodnym czy egoistycznym. Można szczerze poinformować o tym, co się z nami dzieje, w jakim jesteśmy stanie i czego aktualnie potrzebujemy.
Zamiast udawać, że wszystko jest w porządku, lepiej powiedzieć:
„Dzisiaj mam ciężki dzień, jestem przebodźcowana i mam w sobie mało siły i cierpliwości. Potrzebuję pobyć sama.”
Mój mąż czasem mówi:
„Od rana jestem na nogach i teraz potrzebuję odpocząć. Chciałbym cię posłuchać, to dla mnie ważne, ale wróćmy do tego później.”
Sposób, w jaki to robi, sprawia, że czuję się zauważona. Jednocześnie wiem, czego on teraz potrzebuje.
Za to, gdy irytuje się o każde słowo i zakłada moje złe intencje, wtedy jest mi trudno. Nie siedzę w jego głowie i nie wiem, że miał trudny dzień albo czuje się przytłoczony, a jego zachowanie odbieram jako atak na mnie albo ochłodzenie uczuć.
Co jeszcze można zrobić, gdy przychodzi gorszy dzień w małżeństwie
Pomocny bywa komunikat „ostrzegawczy” – czyli jasne poinformowanie partnera o swoim stanie. Po to, by się „nie narażał”, ale też po to, by nie brał milczenia czy szorstkości do siebie.
Warto też dać sobie prawo do wyjścia z pola walki. Jeśli czujesz, że zaczynasz reagować złośliwie lub z nadmiarem emocji, lepiej wyjść na spacer, wziąć kąpiel albo zaszyć się w drugim pokoju. To znacznie bezpieczniejsze niż „wylądowanie” na mężu z frustracjami, których później będziesz żałować. Ja się ostatnio całkiem legalnie mogę zaszyć na działce.
Minimalizm relacyjny też jest dopuszczalny.
W niektóre dni nie trzeba być „małżonkiem na medal”. Wystarczy wzajemne uszanowanie swojej przestrzeni i powstrzymanie się od ranienia siebie nawzajem.

Rosnące zrozumienie
Mam wrażenie, że im dłużej jesteśmy razem, tym większą mamy wobec siebie wyrozumiałość. Z czasem widać wyraźniej, że wspólne życie to nie tylko chwile uniesień, ale także wspólne przechodzenie przez ciemniejsze doliny. Z drugiej strony pojawiają się sytuacje, w których nie umiemy dojść do porozumienia w zakresie komunikacji. Nie tracę jednak nadziei, że i przez to przejdziemy.
Czasem bycie dobrym małżonkiem oznacza po prostu nieniszczenie tego, co mamy, tylko dlatego, że jedno z nas ma zły dzień.
Co robisz, gdy w małżeństwie przychodzi dzień, w którym po prostu nie masz już siły być miły?
PS Wiecie co jest najtrudniejsze w robieniu wpisów? Dobieranie zdjęć! Nie robimy ich specjalnie tylko szukamy w swoich zasobach. Dlatego dziś widzicie różne wersje mojego czasu tylko dla siebie. Wojtek sobie takich nie robi:-)