Początki małżeństwa

W piątym dniu naszej wędrówki po wspólnej drodze jesteśmy już po ślubie. Dziś wspominamy pierwsze lata małżeństwa, będące zarówno okresem upojenia, jak i dostrzeżenia, że oto ukochana osoba ma też sporo wad i dziwacznych (czytaj: innych niż moje) przyzwyczajeń. U nas był to też moment dużego kryzysu, którego pokonanie otworzyło nam drogę do następnego, bardziej dojrzałego etapu.

Parę słów na ten temat w dzisiejszym filmie. Przy okazji, polećcie nam, jaki sprzęt kupić na początek, by tak nie gubiło ostrości i by było lepiej słychać?

A poniżej pełna pasji i zmagań opowieść o pierwszych latach Agnieszki i Leszka, dziś fantastycznego małżeństwa z prawie 30-letnim stażem.

Historia Agnieszki i Leszka

Początki naszego małżeństwa były piękne, ale bardzo, bardzo burzliwe. Na pewno kochaliśmy się ogromnie, ale dopiero po ślubie okazało się, jak różni jesteśmy. Właściwie chyba tylko pod jednym względem byliśmy podobni: obydwoje byliśmy bardzo uparci :). To jednak nie sprzyjało rozwiązywaniu problemów ani konfliktów, które, z uwagi na te nasze odmienności, co trochę się pojawiały.

W dwóch rzeczach tylko byliśmy jednomyślni: wszystko zaczynamy po Bożemu i wszystko opieramy na Bogu. Myślę, że to był klucz nie tylko do przetrwania tego chyba najburzliwszego okresu naszego wspólnego życia, ale zbudowania trwałego, pięknego i szczęśliwego małżeństwa, które istnieje już prawie 28 lat.

W czystości

Jesteśmy obydwoje bardzo wdzięczni Panu Bogu, że udało nam się przed ślubem nie „skonsumować” naszego związku. Nie jest to aż taka wielka nasza zasługa, ale raczej niezasłużona łaska. Przeżywając narzeczeństwo jako ludzie wierzący, mieliśmy takie założenie, żeby czekać na siebie do dnia ślubu, ale przyznam szczerze, że w tym oczekiwaniu próbowaliśmy szukać jakichś argumentów, że właściwie, to chyba przesada i w zasadzie dlaczego mamy czekać? Na szczęście Bóg dawał nam konkretne i sensowne odpowiedzi, które przekonywały nas, że jednak warto. Do tej pory jestem Mu za to wdzięczna. Dzięki temu sfera życia intymnego nigdy nie kojarzyła się nam z jakimś obszarem grzechu, ale ciągle jest przeżywana w radości i wolności :).

Dobrze, że tutaj nie zaserwowaliśmy sobie dodatkowych problemów, bo, jak już wcześniej wspominałam, w wielu innych dziedzinach musieliśmy się nieźle namęczyć, żeby nasze małżeństwo przetrwało. Jestem przekonana, że gdyby nie determinacja obojga, że ślubowaliśmy być ze sobą na zawsze: na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, w smutku i radości, w bogactwie i biedzie, to nasz związek na pewno by nie przetrwał. Jakakolwiek awaryjna furtka zostawiona sobie „na wszelki wypadek” z pewnością byłaby wykorzystana, bo nie raz przecież miało się ochotę po prostu trzasnąć drzwiami i pójść gdziekolwiek, byle jak najdalej.

Wojna o pastę do zębów

A potrafiliśmy się pokłócić niemal o wszystko. Jak sobie to dzisiaj przypomnę, to aż mi się chce śmiać :). Nawet o sposób wyciskania pasty do zębów, ale podobno akurat w tym nie byliśmy specjalnie oryginalni. Dopiero potem zrozumieliśmy, że to tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego, a te bzdury były tylko pretekstami i wynikały z niezrozumienia. Jak już zaczęłam o tej paście, to na jej przykładzie powiem, o co chodziło. Wtedy były jeszcze takie tubki metalowe. Leszek zawsze wyciskał pastę starannie od tyłu i sukcesywnie zwijał ten koniec, a ja zupełnie na to nie zwracałam uwagi  i naciskałam gdzie bądź. Zapytał mnie kiedyś, czy mogłabym spróbować robić to bardziej starannie, bo go to trochę denerwuje. W sumie:  dlaczego nie? Powiedziałam, że spróbuję. Jednak okazało się to nie takie łatwe z prostego powodu: ja przez wiele lat nie zwracałam zupełnie uwagi, jak tę pastę wyciskam i, mimo dobrych chęci, nie zawsze pamiętałam, że jemu zależy, żebym robiła to inaczej niż dotychczas.

Gdy okazywało się, że znowu z tą tubką jest coś nie tak, to Leszek się denerwował, ale tak naprawdę chodziło mu o to, że skoro niby tak bardzo go kocham, to dlaczego nawet tak banalnej rzeczy jak sposobu wyciskania pasty, nie mogę dla niego zmienić. Ja z kolei odbierałam jego zdenerwowanie tak, że skoro on mnie niby tak bardzo kocha, to dlaczego takim problemem jest dla niego to jak wyciskam pastę z tej głupiej tubki.

Rozumiecie, o co chodzi? Myślę, że właśnie sporo konfliktów i problemów ma źródło w niewłaściwym odczytywaniu wzajemnych intencji :).

Dość często źródłem wielu nieporozumień między małżonkami jest różne podejście do pożycia intymnego. Na przykład, gdy pokłóciliśmy się z Leszkiem, to nagle zaczynałam odczuwać przed nim wstyd. Normalnie razem korzystaliśmy z łazienki, a wtedy wolałam zaczekać i być tam sama. On odbierał to tak, jakbym chciała go w ten sposób „ukarać” za dany konflikt, a tak nie było. Ja z kolei nie mogłam pojąć, jak on może mieć chęć na zbliżenie, gdy niedawno się pokłóciliśmy. Dopiero zrozumienie, jak bardzo różnie mężczyźni i kobiety to wszystko przeżywają, pozwoliło nam właściwie interpretować nasze reakcje i nie oskarżać się bezpodstawnie o złą wolę, gdy jej nie było.

Takich punktów zapalnych było dużo. Ratowało nas to, że od pierwszego dnia stawaliśmy wieczorem razem na modlitwie. Choćby nie wiem, co się działo, to chcieliśmy iść za radą św. Pawła: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” (Ef 4, 26) Poza tym, gdy człowiek uczciwie staje przed Panem, to musi z serca drugiemu odpuścić, bo inaczej to wszystko nie ma sensu. Może to śmieszne, ale raz nawet zdarzyło się nam pokłócić o coś na modlitwie:)!!! Na szczęście udało nam się dojść do porozumienia, zanim ją skończyliśmy.

Przede wszystkim przebaczaj

Czasem to wychodzenie sobie naprzeciw było to bardzo, bardzo trudne, ale uczyło nas takiego, jak to nazywamy, „nawykowego przebaczania” (to bardzo cenna umiejętność również poza małżeństwem). Szczerość przebaczenia można było ocenić po tym, że każdy następny konflikt nie był rozpoczynaniem „od Adama i Ewy”, ale dotyczył rzeczywiście bieżących spraw 🙂 i w sercu nie nosiliśmy zgorzknienia i żalu.

Można to określić trochę tak, że chociaż żyliśmy na terenie o dużej aktywności sejsmicznej, to nauczyliśmy się bezpiecznie funkcjonowania na takim terenie :).

Jakoś tak zawsze udawało się, że ktoś pierwszy był gotowy do pojednania, czasem ja, a czasem Leszek i to niezależnie od tego, kto z nas „zawinił”. Pamiętam jednak taką sytuację, gdy oboje „poszliśmy w zaparte”. Wtedy podjęłam decyzję, że tym razem ja na pewno nie wyciągnę pierwsza ręki do zgody. To było bardzo dziwne przeżycie, bo kiedy wołałam do Pana i skarżyłam się mu, jaka jestem nieszczęśliwa w tej sytuacji i pytałam, czy On to widzi, miałam wrażenie, jakby jakiś głos w środku do mnie przemówił: „To, co teraz przeżywasz, to właśnie jest piekło. Kiedy decydujesz się, że na pewno nie wybaczysz.” Miałam takie uczucie, jakbym w sensie duchowym stała nad krawędzią przepaści. Nie myślcie, że łatwo było wtedy podjąć właściwą decyzję. Gdy emocje są podkręcone, to wcale nie jest takie proste wybrać to, co uważasz nawet  za słuszne i dobre, ale zupełnie sprzeczne z tym, co właśnie czujesz. Zwłaszcza, jak jesteś kobietą :).

Życie pełnią życia

Jestem jednak przekonana, że właśnie te najpoważniejsze konflikty, ale dobrze przeżyte (czyli zakończone przebaczeniem), sprawiały, że nasza relacja nabierała takiej niesamowitej głębi. Ludzie, którzy nie walczą o swój związek, ale dezerterują przy pierwszej lepszej okazji, nigdy nie będą w stanie tego doświadczyć. To jest właśnie wielka łaska założenia, że małżeństwo jest nierozerwalne. Jeżeli się na to decydujesz, to jesteś zdeterminowany, żeby walczyć o swoje małżeństwo. I nie chodzi tylko o wegetację razem pod wspólnym dachem, bo nie mamy lepszego pomysłu na życie czy przyzwyczailiśmy się do siebie, ale o życie pełnią życia.

Nie jest tak, że już się nie kłócimy czy nie spieramy. Dalej się spieramy. Może teraz trochę tematyka tych sporów się zmieniła, ale ciągle są sprawy, w których burzliwie dochodzimy do porozumienia. Najważniejsze, że dochodzimy i że to dochodzenie nie wpływa na nasze relacje niszcząco.

Jestem przekonana, że bez Boga nie moglibyśmy w ogóle zbyt długo ze sobą wytrzymać, a z Nim i w Nim nie tylko wspaniale się uzupełniamy, ale jesteśmy zwyczajnie szczęśliwi :).

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *