Po co chodzić na randki?

O tym ja mówić chcę, długo i głośno.*

Wśród naszych znajomych jesteśmy znani jako maniacy randkowi. Wszyscy wiedzą, że uwielbiamy chodzić na randki i innych do tego zachęcamy. Naszym zdaniem pielęgnowanie tego zwyczaju jest jednym z ważniejszych filarów relacji małżeńskiej.

Pisaliśmy Wam już, że mieliśmy okazję organizować kursy dla małżeństw w formie randek. Namawiając pary do kontynuowania tego zwyczaju po kursie, spotykaliśmy się z różnymi reakcjami. Od entuzjazmu i „podłapania” pomysłu po milion wątpliwości i zdziwienie. „Po co chodzić na randki, przecież codziennie jesteśmy razem?!” – pytali niektórzy.

Tych z was, którzy na wyzwanie majowe zareagowali entuzjazmem, postaramy się w dalszych wpisach nieco zainspirować (kiedy, jak, dokąd?). Jednak w pierwszej kolejności chcielibyśmy zachęcić tych nieprzekonanych. Jeśli nieprzekonani nas czytają, zapraszamy do podzielenia się swoimi „ale” w komentarzach lub na fanpage’u na FB.

Z komentarzy pod wpisem o wyzwaniu majowym pięknie widać, po chodzić na randki! Kamil napisał „To jak kuracja odmładzająca… trzeba przyznać, że przeszurani codziennością w te 2-3 godziny bez dzieci, na RANDCE odzyskujemy kolory i ciepło”. Żaneta napisała: „Było cudownie jak za czasów narzeczeństwa. Polecam wszystkim gorąco!!!! Róbmy coś dla siebie, dla naszego małżeństwa. Owoce wspólnie spędzonego czasu są niesamowite!!!”.

Odzyskiwanie kolorów – to bardzo trafne porównanie!

Już od tylu lat patrzę w Twoje oczy. Ty wiesz, że mnie niczym nie zaskoczysz.

Będąc w małżeństwie trochę sobie powszedniejemy. Przyzwyczajamy się do swojego towarzystwa, wydaje nam się, że znamy się na wylot, że umiemy przewidzieć swoje myśli i reakcje. Jednak często okazuje się, że jest to raczej bycie obok siebie, a nie razem. I oczywiście, to naturalne, bo nie da się ciągle siedzieć przy stole trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy. Obowiązki przydałoby się wykonywać na bieżąco, by mieć co jeść i nie zarosnąć brudem. Dzieci domagają się uwagi, praca wzywa. Jednak właśnie dlatego od tej naszej codzienności, szarej czy nawet kolorowej, powinniśmy się czasem oderwać.

Wyjść na chwilę z roli mamy i taty, pracownika czy pracownicy, członka wspólnoty, przyjaciela i wejść w rolę Ukochanego i Ukochanej. Służąc sobie w codzienności także spełniamy się w tej roli. Jednak nawet spotkanie z Bogiem na modlitwie najpiękniejsze jest wtedy, gdy wyjdziemy poza obóz i wejdziemy do Namiotu Spotkania (Wj 33, 7). Innymi słowy, gdy znajdziemy spokojną chwilę i odrębne miejsce.

Podobnie spotkanie z ukochanym/ukochaną wymaga oderwania się od tego, co nas absorbuje i spojrzenia na siebie nawzajem. Posłuchania z ciekawością, czym to drugie żyje, jak się zmienia. Zobaczenia, co lubimy robić razem, co nas odpręża i zbliża.

A może boimy się, że nie odnajdziemy w sobie radości z bycia razem, że nie będziemy umieli rozmawiać o czymś innym niż nasze domowe sprawy? Nie bójcie się, po pewnym czasie odnajdziecie znowu tę iskrę. Podpowiemy w tym miesiącu jak.

 

I nowe rzeczy w sobie teraz odkrywamy. To nieprawda, że do końca się znamy.

Randki są więc po to, by spojrzeć na siebie nawzajem świeżym spojrzeniem. Odłożyć problemy. Śmiać się wspólnie do rozpuku. Pięknie się dla siebie ubrać. Spojrzeć na siebie z czułością i zachwytem. Złapać się za rękę. Odpocząć. Wzmocnić romantyczności i ekscytację. Przypomnieć sobie, co mnie w tej dziewczynie/tym chłopaku kiedyś pociągało. Rozbudzić ten entuzjazm i ciekawość na nowo.

Dzięki nim możemy się wzajemnie poznawać, doceniać się i rozumieć. Dają nam też możliwość regularnej rozmowy na głębszym poziomie. Brzmi podobnie jak owoce codziennego małżeńskiego kwadransa? Pewnie, że tak! Bo przecież w codziennym kwadransie i randce chodzi o to samo, o wspólny czas małżeński! Jednak przyznacie, randka daje większe pole po popisu!

Uwielbiamy ze sobą rozmawiać, słuchać, gdy to drugie opowiada o swoich pomysłach i przemyśleniach. A najbardziej lubimy rozmawiać poza domem, robiąc coś razem. Co roku jesteśmy siebie coraz bardziej ciekawi.

Widzimy też wyraźnie, że kilkanaście lat naszego dbania o relację spowodowało, że jesteśmy w stanie wybaczać sobie własne niedociągnięcia, otwierać się przed sobą i ciągle się sobą cieszyć. I coraz bardziej szczerze się komunikować. Takie owoce.

Zimnica może w każdym coś ostudzić.

I jeszcze szybka odpowiedź na często zadawane na pytanie, czy zawsze trzeba wychodzić z domu? Nie zawsze. Chodzi tylko o to, by zrobić coś wyjątkowego, pobyć we dwoje niejako w oderwaniu od tego, co nas na co dzień otacza. Nam łatwiej jest osiągnąć większy stopień skupienia na sobie nawzajem poza domem, w którym wszystko wzywa nas „Zajmij się mną!”. W sumie w sformułowaniu „chodzić na randki” jest element „chodzenia”:-)

Są jednak takie dni, gdy trudno wyjść z domu. Na dworze zawierucha, opiekunka zawiodła, z nosa leci katar. Wtedy zostajemy. Co robimy w domu, napiszemy za 2 tygodnie (będą różne pomysły).

Są też dni, gdy możemy wyjść, ale zmęczenie nas przytłacza. Gdy w głowie kotłuje się milion spraw i trudno jest nagle wskoczyć w romantyczny czy zabawowy nastrój. Ale wielokrotnie już podkreślaliśmy, że miłość jest decyzją, aby podjąć pewne działanie. Wojtek już wie, że czasem potrzebuję trochę czasu, by pozamykać pootwierane w głowie okienka spraw do wykonania i myśli do ogarnięcia. Ja już wiem, że on potrzebuje czasu, by odpocząć, zanim znów będzie moim radosnym Wojtkiem. Ale wiecie… zawsze warto. Zawsze. Bo wtedy możemy się spotkać NAPRAWDĘ.

* Podtytuły pochodzą z piosenki Kultu „6 lat później”, to dobry podkład do przygotowywania wpisów:-)
41 Udostępnień

Komentarze

  1. Gabriela

    Też tak uważam, chociaż w naszym długim już życiu małżeńskim za wiele tych randek nie było…
    Za to teraz szczerze życzymy ich jak najwięcej naszym dorosłym dzieciom (i jesteśmy zawsze gotowi zająć się wnukami!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *