Mambałaga, mambałaga*

Znacie takie sytuacje? Wychodzicie gdzieś całą rodziną i jesteście już kilka minut spóźnieni. I nagle, już w przedpokoju, okazuje się, że nie możecie znaleźć: dziecięcej czapeczki (a przecież jeszcze wczoraj gdzieś tu było pięć różnych czapeczek), kluczyków do samochodu czy portfela. Ciśnienie rośnie…

Albo taka scena. Otwierasz szafę i zostajesz zaatakowana przez stosy ciuchów. Nic do niczego nie pasuje, tylko w kilku ubraniach czujesz się dobrze. Resztę dopychasz kolanem.

A może rozważacie zwiększenie powierzchni mieszkalnej tylko dlatego, że nie macie już miejsca na rzeczy? Na wszystkie „może-się-kiedyś-przyda”?  Klucze do nigdy nieodnalezionych tajemniczych ogrodów rdzewieją, nieczytane książki pokrywa kurz. W przedpokoju atakują Cię nieużywane koniki na biegunach, a w łazience przeterminował się kolejny krem.

Tak wiemy. Powstało już setki wpisów, blogów i książek o minimalizowaniu liczby rzeczy. Nic nowego zapewne nie powiemy. Chcemy jedynie zostawić Cię z jedną myślą. Jeśli widzisz, że jednym z punktów zapalnych Waszej codzienności są sprzeczki przy poszukiwaniu rzeczy albo irytacja z powodu braku miejsca do przechowywania, to może warto coś z tym nareszcie zrobić?

W głowie, w sobie, to mi przeszkadza

Kiedyś bardzo lubiłam kupować różne rzeczy: ubrania, książki, płyty, elementy wystroju wnętrz. Teraz wolę mieć mniej. Tu znowu inspiracją jest mój mąż. Ubrań ma niewiele i we wszystkich chodzi. Na półce jeden album z czasów kawalerskich (ja mam chyba piętnaście, choć nie ukrywam, że je uwielbiam). Kilka ulubionych książek z domu rodzinnego, bo regularnie pożycza coś z biblioteki. Ja książek miałam setki.

Teraz widzę, że nie potrzebuję tylu przedmiotów i że ich nadmiar tylko generuje problemy w życiu rodzinnym. Zaczęliśmy doceniać prostotę. I nie chodzi mi o prostotę w znaczeniu pustego domu i białych ścian. Chodzi raczej o mniejszą liczbę rzeczy i mniej narzuconych przekonań. Mniej przymusu i pozy. Więcej autentyczności i czasu na bycie tu i teraz. Co nie zmienia faktu, że bałaganu w znaczeniu porozrzucanych rzeczy, nie cierpię. I do tego też daję sobie prawo.

Wyrzucam śmieci, to mi pomaga

Nie jest tak, że nie kupujemy. Jednak utrzymujemy większą dyscyplinę. Przede wszystkim finansową. Pomaga unikanie galerii handlowych, gazetek promocyjnych. I wpisywanie rzeczy na listę w Listonicu. Pisaliśmy już o tym, że po jakimś czasie większość okazuje się zbędna. Pomaga też świadomość, że pozbawienie siebie odrobiny komfortu wcale nie jest takie złe! Jak mało zahartowani jesteśmy w porównaniu z pokoleniem naszych dziadków.

Moją słabością są zakupy odzieżowe. Mam jednak naturalny, oprócz finansów i rozsądku, ogranicznik. Każde z nas ma dla siebie bowiem tylko niedużą szafę. Uwielbiam, gdy mogę z niej łatwo wyciągać rzeczy i nic się nie gniecie. Lubię to uczucie, że mam tam tylko rzeczy, które pasują do tego, kim naprawdę jestem, a nie kim chciałabym być. I na dodatek pasują do siebie nawzajem. Dlatego bez litości pozbywam się wszystkiego, co nie jest dla mnie idealne, sprzedaję albo oddaję koleżankom. Bądźmy praktyczni – mniej rzeczy to też szybsze ubranie się co rano. 

Ciągle jednak mamy za dużo. Wywieźliśmy kilkaset książek do biblioteki i cieszymy się, że ktoś je teraz czyta. Mimo to kolejne cichaczem przedostają się do domu.

W tym wszystkim nie chodzi jednak o to, by obsesyjnie liczyć rzeczy i pozbywać się ich. Celem jest to, byśmy dobrze czuli się w naszym domu. Nie musieli wciąż sprzątać, a pieniądze przeznaczali na to, co jest użyteczne lub ważne dla nas. Nie zaś na to, co inni usiłują nam wmówić, że jest nam potrzebne.

Gdzie jest? Na miejscu

Nie mamy sterylnego mieszkania z rzeczami pozamykanymi za lśniącymi, białymi szafami. Wręcz przeciwnie. W naszym przedpokoju znajdziesz półki z książkami i albumami, pudła na rękawiczki i czapki, haczyki na klucze, ubrania i plecaki. Czasem wolałabym zamknąć to wszystko w szafie, ale szafę mamy niedużą.

W tym pozornym chaosie jest metoda. Każda rzecz ma swoje miejsce. Tak jest łatwiej. Nie trzeba szukać w panice kluczy czy rękawiczek. Wiadomo, gdzie są. A w każdym razie, gdzie być powinny.

Oczywiście, łatwo nie jest. Mamy w domu dwulatka z tendencją do psikusów. Utopił ostatnio w syfonie cztery kolejne szczoteczki do zębów i zapchał muszlę klozetową. Lojalnie jednak o tym informował. Nasz prawie jedenastoletni syn uwielbia odrabiać lekcje na podłodze wśród talerzyków, ogryzków, książek i ubrań. Biurko służy mu jako składnica książek i męskich skarbów. Nasza siedmioletnia panienka uwielbia ciąć (ubrania również) i chować w swoim łóżku wszystko, dosłownie wszystko. A nam… czasem się nie chce.

Dlatego wszyscy wciąż pracujemy nad odkładaniem rzeczy na miejsce.

Co konkretnie zrobić?

Nieswojo czujemy się dając jakiekolwiek rady wprost. Jednak wypadałoby zakończyć jakimś praktycznym sposobem rozbrojenia tej bomby. Na to nie mamy żadnej aplikacji oprócz mojej wewnętrznej radości ze zmniejszania i segregowania. Ach, dlaczego ludzie nie chcą zatrudniać Osobistego Asystenta ds. Minimalizowania? To byłby idealny zawód dla mnie.

1. Zmniejsz liczbę rzeczy

Zacznij od tego, z czym łatwo się rozstać. Jeśli uważasz, że intelekt człowieka określa się liczbą książek leżących na półkach, nie zaczynaj od książek. Może na pierwszy ogień weź sprzęty kuchenne albo kosmetyki? Zastanów się, czy naprawdę potrzebujesz tyle kubków?

Ustal kryteria, według których ocenisz, które rzeczy zostawisz. My zostawiamy to, co używamy, lubimy i jest ładne. Wystarczy, że przedmiot spełnia  dwa z tych kryteriów.

Ustal co zrobisz z rzeczami, których już nie chcesz. Może uda Ci się je sprzedać (nie licz na to, że odzyskasz wydaną na nie kwotę) lub podarować komuś, kto ich naprawdę potrzebuje (nie wpychaj nic nikomu siłą). Ostatnio udało nam się wymienić makulaturę i  elektrośmieci na małe świerki!

Twój małżonek nie jest zainteresowany odgracaniem? Zacznij od swoich rzeczy. Potem ustalcie, czy możesz nieco zmniejszyć stan posiadania rzeczy wspólnych. Nie ruszaj jego ubrań czy gadżetów, nie naciskaj i nie wywieraj presji. Może kiedyś sam się przekona, że łatwiej funkcjonować, gdy ma się mniej. U nas w domu są dwa miejsca, do których nie mam wstępu. Półka z narzędziami i piwnica. Na półce ostatnio Wojtek zrobił piękny porządek. Piwnica czeka na swój wielki dzień.

Nie masz czasu? Poświęć na to symboliczny kwadrans dziennie, w końcu Ci się uda. Nie śpiesz się, ten proces bywa trudny i męczący, ale daje satysfakcję.

Powtarzaj tę procedurę co jakiś czas.

2. Nie bój się pustych przestrzeni

Często, gdy już zwolnisz trochę miejsca, czujesz nieodpartą presję ponownego zapełniania pustki. Spróbuj powstrzymać się od tego! Nie wpadaj w panikę na widok pustych półek!

Ciekawy opis mechanizmów związanych z nabywaniem i posiadaniem rzeczy znajdziesz w książce Katarzyny Kędzierskiej „Chcieć mniej” i na jej blogu Simplicite.pl. Jest tam też masę praktycznych wskazówek jak zredukować swój stan posiadania.

Pomyśl o startach śmieci zalegających na naszej planecie i… nie kupuj już tyle.

3. Ustal miejsce dla każdej z rzeczy

Najlepiej ustalcie je razem. Mój mąż nienawidzi być zaskakiwany tym, że od dziś jego ubrania rowerowe leżą w innym miejscu niż dotychczas.

Jeśli miejsce okaże się nieoptymalne, zmieńcie je. Nie zapomnijcie tylko poinformować o tym pozostałych domowników.

4. Odkładaj rzeczy na miejsce

Od razu! Gdy Ci się nie chce, pomyśl, w końcu i tak trzeba będzie ją odłożyć. Albo szukać potem w panice.

* Tytuł i pierwsze podtytuły z piosenki Luxtorpedy „Mambałaga”, choć nie o taki bałagan w niej chodzi

41 Udostępnień

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *