Planowanie posiłków

Pusta lodówka w kluczowym momencie, gdy po południu niezapowiedziana pojawia się teściowa, dzieci jęczące przy stole: „Znowu krupnik?”, wyrzucanie niezjedzonych resztek dania, które wydawało mi się szczytem wyrafinowania? Znacie? My znamy.

Dziś na obiad…

Gdy pierwsze pięć lat po ślubie byliśmy tylko we dwoje (nie licząc stada wygłodniałych kotów), planowanie zakupów i posiłków wydawało się nie mieć większego znaczenia. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo z perspektywy Wojtka wyglądało to trochę inaczej. W naszych głowach przewija się traumatyczne wspomnienie z pierwszego roku po ślubie, nazywane roboczo „polowanie na mamuty”. Pisaliśmy o tym tutaj.

Żadne z nas nie lubiło i nieszczególnie potrafiło gotować. Wojtek starał się wyczarowywać na naszym stole różne potrawy, znane przez nas pieszczotliwie papkami (były pyszne, ale miały specyficzną konsystencję). Ja musiałam uczyć się od zera i nie ukrywam, że nie jest to moja mocna strona. Nie radziliśmy sobie z planowaniem posiłków, marnowaliśmy jedzenie lub nie mieliśmy nic w lodówce. Tylko kawa i mleko zawsze były. Jednym słowem wszystko, co tworzy klimat.

Gość w dom

Potem zaangażowaliśmy się we wspólnocie, co spowodowało, że częściej zaczęliśmy mieć gości.Pojawiły się też nasze dzieci, a wraz z nimi myśl, że warto, by rodzinny dom kojarzył im się z czymś więcej niż kanapki. I największe wyzwanie – urodziny dzieci i tłumy gości: dziadkowie, wujkowie, chrzestni, niektórzy doskonali kucharze i smakosze. Na samą myśl o planowaniu i przygotowywaniu menu na urodziny dostawałam gęsiej skórki.

W notatkach z naszych comiesięcznych dialogów co rusz zapisywaliśmy postanowienia typu: „planować i gotować”. Podchodziliśmy do tematu z wielu stron i w końcu udało nam się wypracować schemat, który działa. Dzięki temu prawie zawsze jest coś do jedzenia, a ognisko zapalne pt. posiłki, zostało zniwelowane.

Wiadomo, jedzenie samo się nie robi, ale tygodniowe menu i lista zakupów ogromnie ułatwiła nam sprawę. Wszystko stało się takie… automatyczne. Pewne czynności weszły nam w nawyk, już nie musimy zastanawiać się codziennie co i kiedy zrobić. Po prostu to robimy. O podziale  obowiązków będzie oddzielny wpis.

Przyznaję się jednak bez bicia, że dla nas przełomem w gotowaniu był też zakup (za skandalicznie dużą sumę) Czesława, naszego wszechstronnego kuchennego pomocnika. Wieloletnie namowy znajomych nas nie przekonały, dopiero alergia pokarmowa córki przyśpieszyłą tę decyzję. Używamy go codziennie. Przyznaję, jesteśmy od niego uzależnieni. Pomógł nam pokonać lęk, że coś nam nie wyjdzie. Niczego się z nim nie boimy. Co za szkoda, że nikt nie chce nam płacić za jego reklamowanie (choć i tak robimy to darmowo przy każdej okazji).

Rodzina z tabelki

Gdy opowiadałam przesympatycznej koleżance, jak u nas działa planowanie posiłków, ona orzekła: „Maja, wy jesteście rodziną z tabelki”. Słabo to brzmiało, choć chyba (?)  miało być wyrazem uznania. Jak widać, nasza rzeczywistość daleka jest od romantycznych wizji o szukaniu spełnienia w gotowaniu, koniecznie pod słońcem Toskanii.  Z toskańskich klimatów mamy zdjęcia, wspomnienia i zioła.

Menu dostosowane do naszych planów

Menu planujemy raz w tygodniu (u nas zazwyczaj w piątkowy wieczór lub sobotni poranek). Plan obejmuje obiady i okazjonalne imprezy. Na śniadania i kolacje mamy kilka ulubionych zestawów i już nauczyliśmy się przekładać je na listę zakupów.

Najpierw patrzymy na wspólny kalendarz i sprawdzamy, co się będzie działo. Czy ktoś nas odwiedzi?A może my idziemy do kogoś na obiad (hura, nie trzeba gotować!). Wiemy też mniej więcej, jakim zasobem sił dysponujemy w kolejne dni tygodnia i czy będzie nam się chciało/będziemy mieć czas na gotowanie. W sobotę jemy zazwyczaj makaron z sosem, bo często na gotowanie nie mamy chęci. Za to w niedzielę z radością przygotowujemy bardziej wyrafinowany obiad.

Oczywiście bywają bardziej spontaniczne i chaotyczne tygodnie. Gdy  ostatnio przez weekend byliśmy na Kongresie Małżeństw, w poniedziałek nie mieliśmy obiadu. Jednak w miarę możliwości wskakujemy jak najszybciej w nasz schemat (np. robiąc plan i zakupy we wtorek).

Tworząc menu na cały tydzień łatwiej zadbać o to, by jeść w sposób zróżnicowany: dzień ryby, dzień drobiu, dzień makaronów:-) Koniecznie też zupa, najmłodszy żąda zupki po powrocie do domu. Jedno się u nas nie zmieniło, zawsze znajdziecie u nas kawę i gorzką czekoladę. Alkoholu już nie, odkąd jesteśmy w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka.

Menu dostosowane do naszych upodobań

Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że jadłospis (ale również zawartość szafy czy miejsce, w którym mieszkamy) powinien odzwierciedlać nasz prawdziwy, a nie wyidealizowany tryb i styl życia. Miło jest sobie wyobrażać, że serwuję rodzinie wykwintne dania kuchni francuskiej w domku na wsi. Wiem jednak, że dzieci nawet by ich nie tknęły, a na twarzy męża pojawiłby się dziwny grymas udający uśmiech. Codzienny pośpiech związany z dojazdem nasilałby zaś punkty zapalne, o których pisaliśmy.

Tworzymy listę łatwych dań, które odpowiadają wszystkim lub prawie wszystkim członkom rodziny. Nie jest to łatwe, bo syn, który jeszcze wczoraj uwielbiał rosół, mówi znienacka, że rosołu nie znosi, a córka na widok niegdyś ukochanego leczo, stwierdza: „bleeeeeeeee”. Jedynie najmłodszy jest entuzjastycznie nastawiony prawie do wszystkich potraw. Gdy dodamy do tego alergie żywnościowe dwójki naszych dzieci i nasze z Wojtkiem odmienne gusta kulinarne, wymyślenie pasującego wszystkim menu urasta czasem do zadania dla Bohatera Domu. Dlatego zajmuje się tym Wojtek.

Mam to w Trello

Korzystamy z darmowych programów, zarówno do planowania menu, jak i tworzenia listy zakupów. Tradycyjna lista zakupów i wisząca na lodówce kartka z menu się nie sprawdziły, wiecznie o nich zapominaliśmy. Często w trakcie tygodnia zmieniały się nasze plany, jadłospis był więc chronicznie pokreślony i poplamiony zupą.

Dlatego przerzuciliśmy się na Trello (www.trello.com). To nie jest wpis sponsorowany, oboje od lat używamy go w pracy. Program jest bezpłatny i można go używać na milion sposobów. Każde z nas ma w nim swoje konto, a także wspólne, współdzielone tablice.

Baza przepisów

Używanie Trello jest bardzo łatwe i instynktowne. Wyobraź sobie tablicę (TABLICA MENU), na której wieszasz w kolumnach zapisane kartki (LISTY), a na nich małe karteczki (KARTY). Te elementy możesz swobodnie przewieszać. Tak to mniej więcej działa, tyle że masz swoją tablicę (a nawet wiele różnych tablic) zawsze przy sobie (w telefonie czy komputerze, możesz je też wydrukować).

Tak to mogłoby wyglądać metodą tradycyjną:

A tak w Trello:

Menu tygodniowe

Założyliśmy tablicę MENU TYGODNIOWE, a w nim listy: Zupy, Dania główne, Dodatki do dań głównych, Desery, Sałatki i surówki. Tu gromadzimy ulubione, wypróbowane przepisy i listę składników do nich. Do tego dorzucamy zdjęcie, żeby nas motywowały do gotowania😊. Do każdej listy można dodać nieograniczoną liczbę przepisów. Jest też wyszukiwarka ułatwiająca szybkie znalezienie przepisu.

Mamy też listy z kolejnymi dniami tygodnia, na które przerzucamy konkretne dania na dany dzień. Planowanie menu na tydzień wygląda tak, że przesuwa się karty (konkretny przepis) z listy (np. Zupy) do list z nazwami dni tygodnia (np. Poniedziałek). Banalnie proste, prawda? Jeśli zaś we wtorek jemy to, co w poniedziałek (gotujemy na dwa dni), listę wtorek pozostawiamy pustą.

Biorąc też pod uwagę różne wydarzenia, zdarza nam się zmieniać menu i przerzucać np. bardziej skomplikowane danie na inny dzień.

Nieudolna pomoc graficzną, przygotowana dla Was przez kogoś, kogo bardzo boli ucho:

I fragment naszego menu na ten tydzień:

Czy to jest skomplikowane?

Mimo że byłam oporna, gdy Wojtek namawiał mnie do używania Trello, teraz jestem bardzo zadowolona. Błyskawicznie nauczyłam się obsługi.

Na początku ten system wymaga odrobiny pracy, potem jednak bardzo ułatwia życie. Zarejestrujcie się i wprowadźcie przepisy do bazy. Zacznijcie od kilku podstawowych. Dodajcie zdjęcia, to bardzo przyśpiesza planowanie.

Planujemy na komputerze albo w telefonie. Gdy jesteśmy w sklepie i chcemy sprawdzić, do jakiego przepisu potrzebny jest kurczak, sprawdzamy to w Trello w telefonie. Co więcej, możemy zmodyfikować zdalnie menu, gdyby nagle okazało się, że główny składnik dania jest niedostępny. W ten sposób mam dostęp do ulubionych przepisów wszędzie.

A jakie są Wasze patenty?

47 Udostępnień

Komentarze

  1. Basia

    My planujemy po staroświecku, tzn. na papierze. Dość długo dojrzewałam do tego, a szkoda, bo planowanie bardzo ułatwia życie i pomaga oszczędzać czas, stres i pieniądze. Nie muszę biec po pracy do domu z kołaczącym w głowie pytaniem: Co dziś na obiad? Planuję posiłki na cały tydzień, potem na podstawie menu robię listę zakupów, upewniając się, czego na pewno potrzebuję i proszę męża o zakup. Zakupy raz w tygodniu to wielka oszczędność czasu i pieniędzy. Jeśli trzeba, to w tygodniu dokupuję jedynie warzywa i pieczywo w sklepikach koło domu. Wcześniej zakupy robiliśmy w soboty, ale teraz celowo robimy to w czwartek, aby mieć w sobotę więcej czasu na odpoczynek. Robienie zakupów według listy to świetny patent na oszczędzanie i niemarnowanie jedzenia. Dzięki za polecenie Trello – wygląda to zachęcająco i chyba dam się namówić:-)

    1. Maja Pietkiewicz

      Najważniejsze, żeby Wam Wasza metoda pasowała. Papier też jest ok, my po prostu jesteśmy zbyt mało zaawansowani kulinarnie, żeby sobie radzić bez tych pomocy. Zakupy w czwartek… ciekawa myśl. Do rozważania.

    1. Maja Pietkiewicz

      Czesławem nazywamy nasz thermomix. Mamy go 3 lata i korzystamy z niego codziennie. Nie wiem, czy inni tez tak mają, ale nam bardzo ułatwił życie. Oczywiście, jest drogi. My sobie odkładaliśmy na niego i nie żałujemy. Właśnie zrobił mi ciasto, zaraz rusza z sosem. Wiem, że to samo można i bez niego, ale tak jak pisałam, poziom ułatwienia jest dla mnie bardzo duży. On tak trochę za rękę prowadzi. Pewnie nie jest to jednak sprzęt dla każdego.

  2. Magda

    Ja również gotuję na dwa dni i zakupy robię mniejsze, a częstsze, właśnie na dwa dni do przodu. Udaje mi się z reguły je wcisnąć między odprowadzeniem dzieci do przedszkola a rozpoczęciem pracy, oczywiście z wcześniej przygotowaną listą zakupów. Czas po pracy jest dla rodziny 🙂 Nasze dzieci są mniejsze, chodzą spać o 21, wtedy mam kuchnię tylko dla siebie i gotowanie wychodzi najlepiej i najszybciej. Pozdrawiam i również ciekawi mnie Czesław, podejrzewam, że jest to termomix, bo są właśnie one meeega drogie 🙂

    1. Maja Pietkiewicz

      Tak Czesław jest thermomixem, kupionym w desperacji, gdy córka prawie nic nie mogła jeść. Dzięki niemu możemy spełnić jej marzenia o zjedzeniu budyniu czy kisielu, robimy sami buliony, przyprawy. Zresztą wszystko prawie robimy w nim. Tylko pieczywa jednak nam się nie chce:-)

      Nasze dzieci mają 11, 7 i 2 lata, też chodzą spać o 21:-) I nie planujemy szybkich zmian w tym zakresie. Najpierw siadamy we dwoje, rozmawiamy i modlimy się, a dopiero potem gotowanie. Wtedy wkracza Wojtek. Ja czasem gotuję w czasie drzemki małego, gdy ogarnę swoje sprawy.

  3. Emilia

    Dzięki za ten wpis i podzielenie się Trello! Już dawno przymierzam się do tygodniowego planowania posiłków i zakupów, ale nie udało mi się jeszcze tego planu zrealizować. Mam też coraz bardziej poczucie, że kilkakrotne w tygodniu bieganie do sklepu to jednak spora strata czasu. Zastanawiałam się też, jak zrobić sobie fajnie bazę przepisów, bo często coś gotuje czy piekę jeden raz i potem do tego nie wracam. Mąż już dawno proponował jakąś zdigitalizowaną opcje do tego celu, ale jakoś do mnie to nie przemawiało, bo nie umiałam sobie tego wyobrazić. A teraz wyobrażenie pięknie się zmaterializowało! Chyba jeszcze dziś przetestuję.

    1. Maja Pietkiewicz

      Ekstra! Po takim komentarzu mam poczucie, że kilka godzin pracy nad wpisem mam sens! Na początku może Ci być trudno się przyzwyczaić, ale możliwe, że po pewnym czasie, nie będziesz mogła sobie wyobrazić, jak bez tego funkcjonowaliście. Owocnych zmian!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *